wtorek, 30 kwietnia 2013

Good day to be alive, sir

Julia Czajka, lat dwadzieścia sześć
Krawcowa w zakładzie „Charyta”

Dorastała w babskim domu. Wychowana przez matkę i babkę. Od dzieciaka otoczona najlepszymi tkaninami, koronkami, błyszczącymi guzikami. Klienci przychodzili, odchodzili, wielu z nich wracało. Zakład przez wszystkie lata istnienia zdążył wyrobić sobie renomę, na którą zdecydowanie zasłużył.
               Julia niegdyś zdała maturę, ale ambicji na studia nigdy nie miała, a że była dobra w zdejmowaniu miar oraz przesuwaniu materiału pod stopką maszyny, postanowiła zostać wspólniczką babki. Przeciw szyciu niby nie ma nic przeciwko, radzi sobie praktycznie ze wszystkim, poczynając od spodni, przez garnitury, kończąc na wymyślnych sukniach ślubnych, lecz w ogóle nie czuje, aby było to czymś, dzięki czemu mogłaby poczuć się spełniona, co mogłoby urosnąć do miary życiowego celu. Wraz z upływem lat jest w niej jednak coraz mniej zaparcia i chęci, żeby odnaleźć odpowiednią pasję.
                Od kilku lat samotnie zajmuje poddasze nad zakładem niegdyś zamieszkiwane przez matkę, która po znalezieniu mężczyzny wyprowadziła się, aby nie łamać niepisanej zasady, że faceci w tym domu na długo miejsca zagrzać nie mogą. Właśnie pod samym dachem Julka ma swój niezrównanie miękki materac, na którym wierci się podczas nieznośnie parnych, letnich nocy, które na samym szczycie domu doskwierają najbardziej. Łóżko rozmontowała całkiem niedawno po zaliczeniu kilku nocnych upadków. Właśnie tam, pod samym dachem, trzyma donice z kwiatami, manekina, wszystkie projekty i klatkę z kanarkiem, na którego uparcie poluje kulawy kot babki. Codziennie pod wieczór Julia schodzi na pierwsze piętro na obowiązkowy kieliszek nalewki z prawie najstarszą członkinią rodziny, której zawdzięcza tak wiele.

Halo.


poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Dorota

https://fbcdn-sphotos-d-a.akamaihd.net/hphotos-ak-prn1/283571_495211210498769_1104709958_n.jpg 
Adam Dorociński zwany Dorotą urodził się dwadzieścia siedem lat temu w Lublinie. Jego rodzice byli właścicielami sklepu ogrodniczego, który pozwalał na całkiem dostatnie życie. Syn jednak nie miał zamiaru bawić się w właściciela sklepu przez całe swoje życie i uciekł jak najszybciej z domu. Studiował na SGGW w Warszawie a do Zakopanego trafił na wakacyjne warsztaty wraz z grupą studentów. Chodzenie po górach i inne badania terenów. Ostatecznie tak mu się tutaj spodobało, że wrócił po studiach. Kupił małą chatkę gdzieś daleko od cywilizacji. Zrobił odpowiednie kursy i teraz jest przewodnikiem.

Nigdy nie lubił zgiełku miasta i potrafił docenić każdy park, odrobinę zieleni. Dlatego pokochał to miejsce. Dzikie obszary, a przede wszystkim góry. Pokochał tutejszych ludzi i ich gwarę oraz to, że nie musi właściwie pracować. Oprowadzanie turystów to raczej przyjemność za którą mu płacą a nie praca.Żyje sobie skromnie w tej maleńkiej chatce do której z trudem podłączono prąd. W swoich trzech pomieszczeniach czuje się wspaniale. Nie często miewa gości, ale jeśli już to pokazuje wówczas naturę wspaniałego gospodarza. Dnie spędza na remontowaniu swojego domku. Wymienił już okna i zaimpregnował deski, w środku też już lepiej wszystko wygląda. Zajmuje się robieniem drewnianego tarasu. Marzy mu się, żeby kiedyś dobudować pokój do tego domostwa i żeby stanęło w nim dziecięce łóżeczko. Strasznie chciałby być tatusiem, córeczki. Żona, dziecko i pies. Ale jak na razie ciężko ze znalezieniem chociażby stałej kobiety. Podświadomie wyszukuje sobie wady w każdym człowieku i to psuje ich kontakty.Jest po prostu urodzonym samotnikiem. 
W przeszłości był uważany za geja, również tutaj krążyły o nim takie plotki. Nie dementował ich, przecież najważniejsze jest to, żeby to on wiedział kim jest. 
Czy był zakochany? Oczywiście. Jako student mieszkał z jedną dziewczyną, ale ona wolała wielkie miasto i wszystko się między nimi rozpadło. 

Mierzy 195 cm wzrostu. Dba o swoje zdrowie, poza chodzeniem po górach biega co rano i lubi jeździć na basen. Ma stary terenowy samochód, którego używa tylko w nagłych wypadkach. Nie posiada prywatnego telefonu komórkowego, a jedynie służbowy. Brązowe włosy ma zawsze związane w "kucuńka", a zarost na twarzy długi. Nosząc tą brodę czuje się jak prawdziwy człowiek z gór. Na stopach zawsze buty trekingowe, do tego bojówki i bluzy dresowe bądź koszule w kratkę. 

[W ogóle nie miałam pomysły na kartę, więc jest taka jaka jest, ale niebawem ją podrasuję ;) 
Zapraszam do wątków z Dorotką.] 

sobota, 27 kwietnia 2013

protect me from what I want




Michalina Świetlicka
lat 18 / ur. 27 maja 1995 roku
uczennica liceum
wolontariuszka w szpitalu
astmatyczka i alergiczka
ateistka



DODATKOWO | AFILIACJE | PAMIĘTNIK






      Można pokusić się o stwierdzenie, że to oto dziewczę jest żywą definicją normalności lub, jak kto woli, stereotypem dzisiejszej nastolatki nie zdemoralizowanej przez otoczenie. W tych czasach naprawdę trudno znaleźć taką osobę. Taką, która jest pośrodku. Taką, która nie należy ani do tych, pożal się Boże, buntowniczek z papierosem między wargami i piwem w dłoni, ani niewinnych stworzeń, które są trzymane przez rodziców pod kloszem. I w tej właśnie chwili wkracza Michalina. Ta, która jest pośrodku. Ludzie jednak często wystawiają opinię, nawet nie próbując poznać uprzednio owej osoby. Bo skoro jest blondynką musi być pusta. Bo skoro jest blondynką uwielbia róż. Bo skoro jest blondynką interesuje się tylko ubraniami i kosmetykami. Jest kolejną nijaką, bezbarwną i nieciekawą, wręcz nudną blondynką, która potrzebuje być w centrum uwagi. Szkoda tylko, że to wszystko jest stekiem kłamstw wyssanych z palca.
       Córka dwójki inteligentnych ludzi. Córka geniusza komputerowego i wielkiej uczonej zajmującej się inżynierią genetyczną. Niestety, ona ich inteligencji nie odziedziczyła, co nie oznacza, że jest głupia. Jest po prostu... przeciętna. Gimnazjum zdała ze średnimi ocenami, testy też nie poszły jej zbyt dobrze. Cudem dostała się do liceum, a dokładnie do klasy o profilu matematyczno-informatycznym. Jednak i tam nie radzi sobie zbyt dobrze, bo przecież jest zbyt leniwa, aby przysiąść do lekcji. Nigdy nie lubiła się uczyć i tak jej zostało. Woli liczyć na ściągi i znajomych, niż wciąć do ręki książkę i nauczyć się robić zadania z genetyki, albo przeczytać kolejną nudną lekturę. Zamiast tego siedzi godzinami na internecie, robiąc tam nie wiadomo co. Od czasu do czasu wyjdzie na miasto lub pójdzie ze znajomymi na domówkę czy ognisko na jakiejś działce. Stanowczo jednak odmawia narkotykom, papierosom czy alkoholowi, gdyż twierdzi, że można dobrze się bawić i bez tych używek. Zresztą, na co dzień i tak zachowuje się jakby była pod wpływem jakichś substancji.
      Ot, dziecko szczęścia. Skacze, krzyczy, śmieje się, wygłupia, gada jak najęta co jej ślina na język przyniesie i najchętniej tuliłaby się do wszystkich, choć pewna nieśmiałość jej w tym przeszkadza. Nie myślcie jednak, że jest potulna jak baranek, o nie. Wścieka się toto i klnie jak szewc, gdy ktoś ją zdenerwuje lub coś pójdzie nie po jej myśli. I nawet nie próbuj jej wykorzystać, bo umie całkiem ładnie przywalić prawym sierpowym. Albo po prostu cię wyśmieje, o ile będzie miała dobry humor, bowiem panna ta jest niezwykle humorzasta. Raz się śmieje, raz płacze, później się wścieka, a następnie siedzi jakby z niej powietrze uszło. Czasami jednak po prostu udaje. Ot tak, dla zabawy. Żeby zwrócić na siebie uwagę, albo nudzi się i nie ma co robić, więc wszystko wyolbrzymia. Wyolbrzymia miłość, później rozpacz, choć tak naprawdę szybko o tym zapomina, bowiem po pięciu minutach jest zakochana w kim innym. Ale powiedzmy sobie szczerze, kto chciałby kogoś takiego jak ona? Leniwe toto niezmiernie, a do tego jaka bałaganiara! Z pamięcią też u niej niezbyt dobrze, wiecznie trzeba jej o czymś przypominać. Czasami się potknie, czasami coś przewróci, ale jest to raczej skutek jej gwałtownych ruchów, niźli złej koordynacji ruchowej, bo ta ma się u niej całkiem dobrze.
      Ogólnie to sympatyczne z niej stworzenie. Miłe, uczynne, wiecznie uśmiechnięte. Tylko czasami aroganckie, o niewyparzonej gębie i dziwnych pomysłach oraz denerwującej tendencji do wpychania nosa w nie swoje sprawy. A miała być tą poważną. Tą ułożoną, cholernie nudną, wiecznie uprzejmą. Miała być niewidzialna, miała niknąć w tłumie. Miała słuchać muzyki klasycznej, bawić się w poetkę, udawać intelektualistkę. A powstało takie oto coś. Dziwne jakieś takie. Skomplikowane dziewczę pełne dziwactw i głupich pomysłów, które przecież musi wcielić w życie, bo inaczej nie byłaby sobą. Nikt jej nie zrozumie, bo nikt nie wie na jakiej zasadzie działa. Nigdy nie wiadomo co tak naprawdę zrobi. Jest nieprzewidywalna. Nieobliczalna. Skomplikowana. Wyjątkowa, pełna sprzeczności i niewątpliwie wielu niespodzianek. Jest jak łamigłówka, której nie da się rozwiązać. Czyli mówiąc krótko, jak połowa pieprzonego świata, więc nie jest nikim wyjątkowym.



Karta przeniesiona z innego bloga.
Zdjęcie z tumblr.com, cytat w tytule od Placebo.
Tak, możliwe, że sie znamy.

Give me your mind, baby give me your body.

Daniel Czarnecki
Urodzony całe dwadzieścia pięć lat temu w Gdyni,
W Zakopanem od kilku miesięcy.
Tatuażysta z zawodu, fotograf z pasji, artysta z tytułu.
Właściciel psa Ozzy'ego.
Mieszkanie dzieli z siostrą, planuje jak najszybszą przeprowadzkę.
3/4 powierzchni jego ciała stanowią tatuaże.
Daniel "Chodź zrobimy coś głupiego" Czarnecki
***
Czy to prawdziwe życie? Czy tylko fantazja? Przysypany lawiną ziemi, nie ucieknę od prawdy. Otwórz oczy, spójrz w niebo i zobacz... Jestem tylko biednym chłopcem, nie potrzebuję współczucia, ponieważ łatwo przyszło, łatwo poszło, trochę w górę, trochę w dół. Jak zawieje wiatr. To nie ma dla mnie żadnego znaczenia. 

Każdy dzień zaczyna się praktycznie tak samo, jedynie zakończenia bywają inne.

Kim jest Daniel? Zwykłym mężczyzną, nikim godnym uwagi. Ale skoro już tutaj jesteś to myślę, że powinieneś wiedzieć o kilku rzeczach. Daniel ponad wszystko przedkłada sztukę w każdej formie. Sam maluje, szkicuje, fotografuje, a nawet odkrył w sobie ogromne zamiłowanie do tatuażu! I można powiedzieć, że jest chodzącą reklamą swojego studia, gdyż doprawdy trudno jest nie zauważyć tatuaży, które pokrywają całe jago dłonie, ręce, plecy, tors, szyję i nogi do kolan. A nawet na twarzy ma jeden tatuaż: trzy kropki ułożone w trójkąt tuż pod prawym okiem. Szkoda tylko, że sam nie pamięta skąd ten tatuaż się wziął... Ozdabianie swojego ciała zaczął w wieku lat 16 bez wiedzy rodzicieli i tak jakoś się w to wkręcił, że sam zapragnął takowe dzieła sztuki na ciałach ludzi wykonywać. Jeszcze ktoś powiedział mu, że ma talent ( wszystkie swoje tatuaże zaprojektował sam, a jakże! ) i tak wyszło, że dziś jest tatuażystą. I może się na dodatek pochwalić, że bardzo lubi swój zawód! A to naprawdę mało ludzi może szczerze przyznać.
Do życia podchodzi z dystansem i przymrużeniem oka. Lekkoduch, który naprawdę mało rzeczy bierze na poważnie. Zwykle wszystko robi na ostatnią minutę, gdyż cały wolny czas marnuje na głupoty. Niepotrzebne nikomu szkice, imprezy i te rzeczy... Jeśli towarzystwo nie przyjdzie do niego, to on przyjdzie do towarzystwa! Doprawdy nie cierpi być sam. Jak nie ogląda filmów z siostrą, ( tak na marginesie, są naprawdę dobrym rodzeństwem! Kłótnie są, wiadomo, ale generalnie wspierają się nawzajem. No i oglądają filmy ) to jest gdzieś ze znajomymi na mieście, albo w pracy. Życie ułatwia mu na pewno to, że potrafi dążyć do wyznaczonych sobie celów bez wadzenia otoczeniu. Nie spocznie, dopóki nie osiągnie tego, co sobie wymarzył. Chwile wytchnienia? Jedynie przy płótnie, albo kartce papieru. Zdecydowanie za dużo czasu poświęca pracy. W salonie mógłby przesiedzieć cały dzień ( o ile ma z kim ) i tatuować, rysować, projektować.... 
Jest osobą zupełnie pozbawioną wszelkiego romantyzmu. Skutecznie potrafi zniszczyć każdą romantyczną chwilę i rozwiać delikatną mgiełkę miłości. I wcale nie robi tego specjalnie! Samo tak jakoś wychodzi, że w ostateczności to on wszystko popsuje. Ale przywykł już do tego.               Ogólnie lubi się śmiać i lubi też sprawiać by ludzie się śmiali. Pocieszanie jakoś weszło mu w krew po tym, jak siostra przeżywała siódmy zawód miłosny w tygodniu. Czasem nawet nachodzą go głupie myśli, że może powinien zostać psychologiem specjalizującym się w złamanych sercach? Mógłby wtedy naprawdę wiele osiągnąć! Nie pozwala by w jego towarzystwie ktoś się nudził, smucił czy zadręczał. Wpada często na idiotyczne pomysły, a zgadza się praktycznie na wszystko. Idiota, który uparcie nie chce dorosnąć. Nie wiem, naprawdę nie wiem co on dalej z tym życiem zrobi. 

--------------------------------
Cześć :D Mam nadzieję, że Daniela polubicie, karta nie wyszła mi taka, jaka miała wyjść, a szkoda. Bo koncepcję miałam fajną, jedynie w praktyce nie do końca mi wszyło ;D
W tytule piosenka mojego i Daniela ulubionego zespołu - Queen - Tear it up. Tak samo pod pierwszym gifem, pochyłym tekstem fragment bohemian rhapsody po polsku.
Na wszystkich gifach i zdjęciach Oliver Sykes. 
Szczerze, nie potrafię prowadzić wątków męsko-męskich, nad czym ubolewam ogromnie. 
Zapraszam do wątków, w praktyce Daniel jest ciekawszy niż może się wydawać po przeczytaniu karty ;)
Ach, no i siostrzyczka Czarnecka do przejęcia!

Nazywam się Milijon - bo za miliony kocham i cierpię katusze.

 

Samanta Grycan

15.04.1987, Inowrocław
Dwudziestosześcioletnia stażystka na wydziale chirurgicznym w szpitalu powiatowym im. dr Tytusa Chałubińskiego 
Wielkie marzenia o byciu chirurgiem wraz z tłustym jamnikiem o imieniu Chudzinka 
Perfekcjonistka. Ciocia Dobra Rada. Pedantka. Pracoholiczka. Kawopijaczka.

"Cierpię z powodu miłości, która tego niewarta". Cierpimy, bo czujemy, że dajemy więcej, 
niż otrzymujemy w zamian. Cierpimy, bo nasza miłość nie jest doceniona. 
Cierpimy bo nie udaje nam się narzucić, naszych reguł gry.

ONA    ONI 

[ W tytule Mickiewicz, cytat Coelho, na gifach Ellen Pompeo. Bardzo nie lubię i nie umiem pisać kart, stanowczo wolę skupiać się na wątkach. Średnia długość jest bardzo fajna, Samanta nie gryzie. Wypociny zapewne poprawię, a teraz ten, watusię ;) Buziaczki, Magda Gessler. (Naoglądała się Chirurgów i teraz szaleje, głupia lala.)]

Niedołęga życiowa.


LILIANNA   WÓJCIK
20.09.1991, Zakopane

Moi rodzice zawsze szczyli się tym, że mają zdolne dzieci. Przynajmniej dopóki na świecie nie pojawiłam się ja - niedołęga życiowa. Byłam późnym dzieckiem, raczej niezbyt wyczekiwanym, wobec którego małżeństwo statecznych ludzi miało mieszane uczucia. Oczywiście jednak postąpili jak cywilizowane stworzenia i postarali się mnie wychować.
N i e  u d a ł o  s i ę  i m. 
Nigdy nie byłam jak trójka mojego starszego rodzeństwa. Nie jestem jak Izabela, która zaraz po maturze wyjechała do Stanów Zjednoczonych  studiować na prestiżowym Harvardzie. Dzisiaj zbija krocie w jednej z niemieckich korporacji, ma męża i dwójkę nieznośnych bahorów. Nie jestem też jak Hanna - wrażliwa duszyczka, która spełnia swe ambicje na deskach Teatru Narodowego. Także nie przypominam Janka, niegdyś wolnego ducha, dzisiaj zawziętego prawnika. Tak, tak - odstaję od nich ponad miarę.
Mam dwadzieścia dwa lata. Ledwo zdałam maturę w technikum gastronomicznym, obecnie pracuję jako kelnerka w jednej z karczm na Krupówkach. Mieszkam z rodzicami, a w ramach rozrywki dorabiam sobie jako fotograf jednej z lokalnych gazet. Nie mam pomysłu na życie, tkwię w jednym miejscu. Nie szukam księcia z bajki, chociażby zwykłej miłości. Chcę uwolnić się od niedogodności, ale wiem, że życie ma tylko szare odcienie. 

POWIĄZANIA | NOTKI | CIEKAWOSTKI

[Cześć. Karta trochę chaotyczna i niedopracowana. Jestem chętna na wszystkie wątki - mogę zarówno zaczynać jak i dawać pomysły (choć to drugie wychodzi mi fatalnie).]



piątek, 26 kwietnia 2013

No introductions necessary.

Zdjęcie drugie, zdjęcie trzecie

Cezar Iwanowicz
Psychiatra
21 marca 1978, Kraków
W Zakopanem od ośmiu lat

Kocham cię, kiedy płyn żałości
Płynie ci z ócz jak krew gorący,
Kiedy pomimo mej czułości
Trwoga przenika twoje kości,
Niczym rzężenie konających.
Wdycham, o boskie upojenie,
Hymnie, co mnie rozkoszą mami
Całe twej piersi rozżalenie
O wiem, że serce twe się mieni
Twych smutnych oczu diamentami.



Zegar wybija siódmą, nie śpię. Podnoszę się z łóżka, po omacku sięgam po okulary i w drodze do kuchni zakładam sweter. Parzę kawę, dwie łyżeczki czarnej, niesłodzonej i bez mleka. Z lodówki wyjmuję ser; chleb smaruję cienko masłem, kolejno kładąc plaster goudy, słyszę, że woda się gotuje. Kanapka ląduje na talerzu, wrzątek w kubku. Jestem gotowy, by zacząć posiłek. Czuję się rozdrażniony przez brak serwety w kwiaty, jednak musi mi wystarczyć nowa, obleczona w bliżej nie określone wzory. Przymykam oczy, wizualizuję sobie przed nimi holenderskie tulipany. Po trzech minutach i uniesieniu powiek spokojnie spożywam śniadanie. Prysznic biorę o siódmej trzydzieści. Woda jest letnia. Szampon się kończy, muszę iść na zakupy. Po wyjściu z łazienki, dopisuję do listy na lodówce dwa produkty, które kupię w środę, dzień supermarketu. Ósma. Ubieram się, choć mam problem z doborem koszuli. Jedna do mnie nie pasuje. Druga ma plamę przy kołnierzu. Nie założę nic brudnego. Wybieram niebieską. Nie błękitną, nie granatową, nie morską. Niebieską. Przed drzwiami czeka na mnie nowe wydanie dziennika. Biorę je do ręki, siadam na kanapie i przyglądam się fotografii na stronie tytułowej. Wielki nagłówek krzyczy Kolejny atak Pianisty!, otwieram na stronie drugiej i zaczynam czytać.
Dwudziestego czwartego kwietnia w Poznaniu, policja odnalazła zwłoki trzydziestoletniego mężczyzny. Władze zostały powiadomione przez sąsiadkę zamordowanego, zaniepokojoną długą nieobecnością mężczyzny. Komenda Wojewódzka Policji nie podała szczegółów dotyczących zabójstwa, wiadomo jednak, że sprawcą najprawdopodobniej jest Pianista. Przypominamy, że morderca ten grasuje na terenie całej Polski od ponad czternastu lat, pozostawiając po sobie charakterystyczne znaki szczególne: ofiary zawsze są umalowane, ubrane odświętnie, a w miejscu ich spoczynku słychać nieznany utwór muzyczny. Apelujemy o zachowanie ostrożności. Poznańska policja informuje dodatkowo, że pojawiły się nowe okoliczności w śledztwie, które jednoznacznie stwierdzają, że Pianista obecnie wciąż przebywa w mieście lub jego okolicach...
Przestaję czytać, zamykam gazetę. Składam ją na pół, odkładam na stolik, po czym przyglądam się swoim dłoniom przez piętnaście sekund. Pianista to straszna nazwa, której nie toleruję. Brak oryginalności u polskich władz nie jest jednak niczym nowym. Wstaję z kanapy, chowam dokumenty do aktówki i przechodzę do przedpokoju. Tam zakładam buty, zaczynam od lewego, dopiero później przechodząc do prawego. Odwracam się i sprawdzam czy przypadkiem nie zostawiłem zapalonego światła lub odkręconego kranu. Wychodzę przed dom, zamykam drzwi na klucz. Wchodzę do garażu, siadam za kierownicą, odpalam silnik i wyjeżdżam na podjazd. Do pracy dojeżdżam na dziewiątą. Mam zawroty głowy, z ledwością dochodzę do drzwi wejściowych, by popchnąć je i znaleźć się w recepcji. Witam się z Marianną i udaję się do swojego gabinetu. Mam pół godziny do przyjścia pierwszego pacjenta. Porządkuję papiery na biurku, proszę sekretarkę o herbatę z miodem i panuję nad drżącymi dłońmi. Jestem dziś opanowany i spokojny, jestem w pracy i robię to, co wychodzi mi najlepiej - pomagam. Na różne sposoby radzę sobie z ludzkimi problemami. Zaczynam w gabinecie. Rozmawiam, udzielam rad. To za mało. Czuję potrzebę partycypowania, nie tylko u swoich pacjentów. Obserwuję. Poznaję. Zbliżam się. Obnażam z sekretów. I w końcu nadchodzi ten jeden moment, w którym, zagnieżdżony w ich życiu, mogę udzielić prawdziwej pomocy. Nie muszą się już dłużej samookaleczać, pić na umór, brać narkotyków, zdradzać żon czy mężów, płakać po nocach i przeżywać upokorzeń. To czas, kiedy jestem Pianistą, kiedy zabieram od nich kłopoty i pomagam ruszyć dalej.

~
Stworzyłam mordercę o twarzy Deppa, który myśli, że robi ludziom przysługę. Jak być psychicznym, to na całego. Wątków się nie boimy, natomiast banie się zalecamy. Cezar nie gryzie, ale jest na tyle specyficzny, że gryzienie byłoby pewnie opcją zadowalającą. W tytule American Psycho. W karcie został także użyty fragment wiersza Baudelaire'a.

Każdy przecież początek to tylko ciąg dalszy.

Oliwia Dąbrowska
Urodzona 15 stycznia 1990 roku || Studentka edukacji artystycznej w zakresie sztuk plastycznych na wydziale artystycznym || Wykonuje dekoracje dla teatru im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Zakopanem || Prowadzi internetowy sklep "Rhye" w którym można kupić przeróżne przedmioty wykonane przez samą Oliwię metodą decoupage, bądź ubrania ( szyte lub przerabiane przez panienkę Dąbrowską ) || Mieszkanka starego loftu przerobionego na mieszkanie || Młoda artystka z ambicjami.

Po czym rozpoznasz ją wśród tłumu innych ludzi? 
Rozpoznasz ją po dojadanym w biegu śniadaniu; po rozpiętym płaszczyku i kapturze nakładanym w pośpiechu na rozwiane włosy. Po rozwiązanych sznurówkach, zdezorientowanym spojrzeniu zerkającym nerwowo na zegarek co kilkanaście sekund, po kawie w papierowym kubku pitej na urwanie karku. Rozpoznasz ją po tym, że przemierzając ulice szybkim krokiem będzie nucić coś pod nosem, albo czytać książkę w biegu. Po tym, że przez jej rozkojarzenie będzie zdawało ci się, iż ta dziewczyna żyje w innej rzeczywistości. Po tym, że jest bardziej wolna niż każdy z nas - po tym, że nigdy nie dopasuje się do otoczenia. 
Jeśli chodzi o opis charakteru, to naprawdę ogromne wyzwanie. Jej osobowość tak naprawdę wciąż się zmienia, przeinacza, kształtuje i odświeża. Nie w stosunku do każdego będzie miała takie same nastawienie. A człowiek to dziwny mechanizm pełen niedociągnięć i sprzeczności - trudno takiego człowieka rozgryźć. Na pewno jest roztrzepana przez wielkie R. W stu procentach niedoskonała, niepunktualna, nie do okiełznania. Niektórzy porównują ją nawet do dzikiej antylopy, której po prostu nie da się oswoić, a gdy podejdziesz dostatecznie blisko i już zdaje ci się, że ją złapiesz, ona czmycha w ostatniej sekundzie ani razu nie obracając się za siebie. I tu nie chodzi o to, że pali za sobą wszystkie mosty, czy coś. Ona po prostu obawia się bólu który niesie ze sobą złamane serce, zdrada, jakakolwiek krzywda psychiczna zadana przez drugiego człowieka. Dlatego stara się w pewien sposób odgradzać od innych, chowając się za swoistą mgiełką tajemniczości i zachęcającego chłodu. To dlatego czasem może zdawać się, że funkcjonuje w innej rzeczywistości. Stara się chronić swoje skromne jestestwo przed niespodziewanymi zamachami. Nie lubi jak ktoś wchodzi w brudnych butach zakłócając jej osobistą czakrę, o. 
Nie otworzy się przed tobą, nie zdoła ci zaufać, nie poznasz jej naprawdę. Co nie znaczy, że jest jakimś zagorzałym snobem, uparcie uciekającym przed kontaktem z ludźmi. Nie, nie. Jest aż nader towarzyska, wygadana i wybuchowa. Po prostu pewne aspekty zamyka w szufladkach swojej duszyczki i tych szufladek dzielnie strzeże. Opowie ci z ogromnym entuzjazmem jak dzisiejszego popołudnia w ostatnim momencie wbiegła do autobusu, a drzwi zatrzasnęły jej torebkę - ale nie opowie ci jak się czuje, co przeżywa w środku, jakie są jej słabości, czego się boi. Na swój sposób skryta, a jednak otwarta. Tajemnicza, a jednocześnie przewidywalna. Inna a niby pospolita. 
Energii gnieździ w sobie co niemiara, ale jak już usiądzie przy jakimś szkicu czy obrazie, to nic nie jest w tanie jej z tego stanu wytrącić. Może się palić, walić i wybuchać, a ona spokojnie będzie siedzieć na kanapie szyjąc nową koszulkę, czy rysując portret przyuważonego rano na ulicy mężczyzny. A właśnie! Ma w domu taką jedną ścianę, która cała obklejona jest portretami nieznajomych Oliwi ludzi zauważonych kiedyś na ulicy. Po prostu jeśli ktoś wpadnie jej w oko, to ona po powrocie do domu tego kogoś szkicuje i wiesza sobie na ścianie - ot tak. Sztuka to główny i nieodzowny element jej życia. Jest dekoratorką w teatrze, a po powrocie do domu zamiast odpoczywać, albo pozmywać te wczorajsze naczynia, ona usiądzie i zacznie malować. Mieszkanie zawalone ma swoimi dziełami przeróżnej maści, dlatego niedawno zakładając internetowy sklep "Rhye" zaczęła wszystko powoli sprzedawać, mimo iż rozstanie boli.
Subtelna, delikatna i taka czuła. Straszna z niej przylepa, uwielbia się tulić. Czasem poniosą ją emocje i powie o dwa słowa za wiele, czasem zrobi coś czego robić nie wypadało, czasem po prostu wszystko zepsuje. Ale w takich sytuacjach nie siada i nie płacze nad rozlanym mlekiem - ona działa. Próbuje różnych sposobów, a wszystko po to, by naprawić szkody. Bardzo pozytywna, trzeba przyznać, że świetna z niej słuchaczka i pocieszycielka. Lubi uszczęśliwiać ludzi i wyciągać ich z sezonowych dołów. Czuje się zaszczycona, jeśli ktoś poprosi ją o pomoc. Z kolei ona sama o pomoc nigdy nie poprosi, ale tej pomocy też wcale a wcale nie oczekuje. Wszystko robi sama. Chodzi w ubraniach zaprojektowanych/przerobionych przez samą siebie; ściany jej mieszkania obwieszone są dziełami autorstwa Oliwi; sama sobie gotuje, sama podcina i farbuje sobie włosy; sama walczy ze swoimi problemami. Jak mówiłam, nie rozgryziesz jej.
Ale zamykając drzwi, kiedy będziesz już pewien, że jesteś poza zasięgiem wzroku jej niebieskich oczu odetchniesz lekko. Odetchniesz i uśmiechniesz się pod nosem wywracając oczami, by po chwili wymamrotać jedno tylko słowo.
"Wariatka"



------------------------
I oto jesteśmy! :)) 
Kartę uzupełnię jeszcze o historię i kilka innych szczegółów, ale to jak znajdę odrobinę czasu. Mam nadzieję, że Oli polubicie, bo ona przecież taka kochana ;D
W nagłówku szanowna moja idolka pani Wisława Szymborska w wierszu pt. "Miłość od pierwszego wejrzenia"; na zdjęciu i gifie Cora Keegan. Co by tu jeszcze....
No zapraszamy cieplutko do wątków, rzecz jasna!

Każdy ma chwile słabości, do diabła, nawet bohaterowie się męczą.


Artur Korzecki
trzydzieści jeden lat
pisarz z powołania


"Chcę ci opowiedzieć swoją historię wcale nie z próżności. 
Nie pragnę sukcesu, sławy, czy pieniędzy. To proste, większość mężczyzn i kobiet tego nie pragnie. Nawet lepiej, nie pragnę miłości. Kiedy byłem młody, kobiety mówiły mi, że kochają mnie za uśmiech. Przyjmowałem to bez komentarza. Następnie za talent. Następnie za głębię umysłu. Następnie za pieniądze. Dobra, poradzę sobie z tym wszystkim. Jedyna kobieta która mnie przeraża, to ta która pokocha mnie za mnie samego. Mam pewne plany co do niej. Trucizny, sztylety, ciemne grobowce w jaskiniach, gdzie ukryję jej głowę. Nie można jej pozwolić żyć. Zwłaszcza, gdy jest wierna, nie kłamie i zawsze stawia mnie na pierwszym miejscu."
Mario Puzo - Głupcy umierają

Nie mam historii swojego życia. Kobiety nigdy tego nie zrozumiały. Zacząłem od siebie. Nie miałem dziadków ani rodziców, wujków, cioć, przyjaciół rodziny ani kuzynów. Nie mam wspomnień z dzieciństwa, z domu, z kuchni. Nie miałem swojego miasteczka ani wioski. Zacząłem swoją historię od siebie i Mateusza - mojego brata.
 Chciałem żyć uczciwym życiem, to było moim wielkim zmartwieniem. Szczyciłem się tym, że jestem realistą, dlatego nie miałem ambicji by być doskonałym, byłem sobą. Robiłem to, co kochałem a jednocześnie moje serce było boleśnie ściśnięte, gdy to nie wychodziło. Niestety, zbyt często byłem sobą zawiedziony. Potrzebowałem odrobiny aplauzu, podziwu - czegokolwiek, nie koniecznie gromkich oklasków na stojąco - "dobrze ci idzie" brzmiałoby równie pięknie w ustach osoby, na której ci zależy. Nikt nigdy nie podzielał mojej fascynacji piórem. Ludzie mieli różne pasje. Rysowali, grali w gry, tańczyli - mało kto jednak traktował to jako sposób na utrzymanie siebie i swojej rodziny przy życiu.. A ja tak chciałem, chciałem zrobić coś niemożliwego. Coś co poruszyło by tłumy. Chłopak z prowincji pisarzem na skalę światową? Czemu nie, wierzyłem w to, dziecięcą wiarą w Świętego Mikołaja.
Prawdę mówiąc, zawsze rywalizowałem z innymi ludźmi i dlatego chciałem być najlepszy. Satysfakcję dawał mi mój brak zachłanności czy żądzy pieniędzy podczas gdy inni się za nimi zabijali. Nigdy również nie uganiałem się za kobietami, gdy kumple wokół mnie mieli wypełnione notesy imionami zdobyczy. Czułem dumę z tego, że jestem inny - choć nie byłem. Zapisałem się na kursy literackie w Miami, z zamiarem oszołomienia wszystkich studentów. Byłem pełen pasji, gotowy na uczciwą rywalizację. Pamiętam, to był pierwszy dzień. Przeczytałem opowiadanie, czułem spojrzenia pięćdziesięciu ludzi na sobie - nawet się nie zająknąłem. A gdy skończyłem zabili mi brawo. Na stojąco. Zatkało mnie, nie wiedziałem co powiedzieć. Zebrałem kartki i usiadłem na widowni wciąż wszystkim oszołomiony.
Te przyjemne zaskoczenie towarzyszyło mi jeszcze przez długi czas. Gdy wyszedłem z uczelni zdałem sobie sprawę, że przecież nie żyjemy po to, by machinalnie harować całe życie bez odrobiny pasji. Wtedy zaprzysięgłem sobie sam, że wydam książkę bez względu na wszystko.
Kobiety były dla mnie sanktuarium, prawda, że egoistycznie wykorzystywanymi, ale to dzięki nim życie stawało się znośne. Jak można znosić porażki codziennego życia bez takiego sanktuarium? Wracałem kiedyś  z pracy, przerażony ilością długów, głębokością gówna w jakie się wpakowałem. Z dnia na dzień byłem pewien końca swojej pisarskiej kariery. I wtedy styrany ciężkim dniem, otwierałem drzwi domu które nagle stawały się tak cholernie ciężkie. Moim oczom ukazywała się ta blond piękność, z uśmiechem na twarzy i - o Boże, ona uśmiechała się na mój widok! a nie było nikogo za mną. I znów wszystko wracało do normy, a ja zyskiwałem wszystkie nadzieje na nowo.
W międzyczasie wydałem swoją pierwszą książkę. To miał być bestseller, a nie wielka kasowa klapa. Było mi wstyd. Tłumaczyłem Natalii, że to wszystko przez kiepskie zakończenie. Ze wydawca kazał mi je zmienić, ale się zbuntowałem. "Po prostu ci nie wyszło, Andre. Weź się do pracy i przestać żyć z głową w chmurach." - dzień po wypowiedzeniu tych słów, dowiedziała się, że jest w ciąży. To był trzeci miesiąc. Ciężko mi było w to uwierzyć. Świat lęgnął w gruzach. Mieliśmy długi, mieszkaliśmy w dzielnicy biedy, dla marginesów społecznych, ćpunów i biednych czarnych. Tu nie mogło wychowywać się dziecko, a ja nie byłem w stanie ich wyżywić z tak marnej pensji. W momencie poczułem, jak cały świat wali mu się na głowę. Ale ponoć każdy ma chwilę słabości. Do diabła, nawet bohaterowie się męczą. A jednak miałem jednak jakąś cichą nadzieję, że będzie ze mnie dumna. Nie była. Była na mnie wściekła, nienawidziła mnie.
Nie potrafiłem dłużej patrzyć w jej smutne oczy każdego poranka. Nie mogłem patrzeć w oczy kobiety, która mimo iż mnie kochała to nienawidziła jednocześnie. Nie rozumiała mnie. Nie pojmowała mojej pasji, nie rozumiała, że to jedyna rzecz która utrzymuje mnie przy życiu. Kładliśmy się obok siebie spać, ale tworzył się pomiędzy nami niewidzialny mur.
Wtedy w moim życiu pojawiła się Ola. Miała w sobie mnóstwo dziewczęcego uroku i zawsze patrzyła na mnie z podziwem, gdy opowiadałem jej o książkach. Uwielbiałem bruzdę na jej czole, która pojawiała się zawsze gdy z uwagą słuchała moich opowieści. Dźwięczna nuta jej głosu coraz bardziej mnie uzależniała. Była taka młoda i pełna pasji, zakochałem się w niej. Myślałem, że moje skamieniałe przez Natalię serce już nigdy mocniej nie zabije, tymczasem chciało złamać żebro za każdym razem gdy napotykałem ją wzrokiem. Z dnia na dzień staliśmy się parą. Odszedłem od Natalii, obiecałem, że będę płacił alimenty. Nawet mnie nie zatrzymywała, ale widziałem łzy w jej oczach.
Potem wszystko zaczęło isć w dobrym kierunku. Odnalazłem swoją muzę - Olę. Dzięki niej napisałem następną książkę, która okazała się być bestsellerem na skalę światową. Z dnia na dzień stałem się bogaty, zacząłem dawać autografy, ustawiać się do zdjęć z obcymi ludźmi... To było dla mnie bardzo szokujące, ale przyjemne. Byłem kimś ważnym. Wreszcie.
I wtedy... Wtedy wróciłem do Natalii. Wystarczyło, że mnie odwiedziła - z dzieckiem na ręce, w przybrudzonych ciuchach. Chciałem otoczyć ją opieką, chciałem by nasz syn miał ojca. Zostawiłem Olę, nawet bez pożegnania. Ale wciąż ją kochałem. Może zabrzmi to staroświecko, ale zrobiłem to tylko i wyłącznie dla jej dobra. Miałem destrukcyjne działanie na wszystkich. Ale chyba nie zrozumiałem jednej rzeczy - odszedłem od Natalii, zostawiłem ją samą na pastwę losu na całe dwa lata. Wyzbyła się uczuć do mnie, nie była w stanie mnie pokochać na nowo, choć chciałem odbudować to co pomiędzy nami było.

odautorsko
taka tam karta z dupy, była już na paru blogach :-) zapraszam do wątków w każdym razie

czwartek, 25 kwietnia 2013

Me versus me has always been my biggest fight.

Antoni Wrzesiński
9 stycznia 1993, Kraków

po maturze, nie na studiach, bo zbyt leniwy
uroczy domek gdzieś na ulicy Kościeliskiej, grzeje dupsko u rodziców
pomaga mamie w kawiarni na Krupówkach, bawi się w kelnera

Ojciec krakowiak, matka zakopianka, Antek małopolszczanin. Urodził się w Krakowie, jako syn architekta Jakuba Wrzesińskiego i cukierniczki Cecylii Wrzesińskiej z domu Jasiniak. Trochę rodziców zaskoczył. Urodził się miesiąc za wcześnie, gdy małżeństwo przebywało u rodziny Jakuba w Krakowie. Mimo że Antoni urodził się właśnie tam, od zawsze mieszkał w Zakopanem, w typowo góralskim domu przy ulicy Kościeliskiej. Rok po nim urodziła się jego siostra, Kinga. W Zakopanem chodził do podstawówki, gimnazjum i liceum. Skończył je jak skończył, ledwo. Z matury miał po 35%, nie popisał się za bardzo, ale to pewnie dlatego, że po prostu nie chciało mu się niczego powtarzać. To chyba najbardziej leniwe stworzenie w Zakopanem. Dziwne, że w ogóle wychodzi z łóżka. 
Nie wykazuje większego zainteresowania czymkolwiek. Ze sportów lubi sobie czasem pograć w siatkówkę, ale żeby śledzić ligę, to już nie, no bo po co? Jak są skoki narciarskie na Krokwi, to pójdzie, ale tylko dlatego, żeby popatrzeć na ładne dziewczyny, bo czasem się jakieś pojawiają. Na Krupówkach jest prawie codziennie, co jest dziwne, że w ogóle mu się chce. Po prostu przychodzi do kawiarni prowadzonej przez jego mamę. Dorabia tam trochę jako kelner, czasem uśmiechnie się do jakiejś ślicznej turystki i zostawi na serwetce swój numer telefonu. Pies na baby. Jego niebieskie oczy codziennie spoglądają albo na tamtą uroczą blondynkę, albo na tą piękną brunetkę, która stoi trochę dalej. Chyba nie jest dobrym materiałem na chłopaka, bo możliwe, że nie wytrzyma w związku i będzie lgnął do innych kobiet. Kiedyś zdradził swoją dziewczynę. Dostał wtedy po swojej piegowatej mordce i tam, gdzie słońce nie dociera i skończyła się sielanka. To go jednak nie zraziło. On po prostu kocha kobiety, nie potrafi przestać na nie patrzeć, zagadywać do nich. Niektóre z nich powiedziało mu prosto w twarz, że jest zbyt pewny siebie, ale taka jest prawda. On doskonale to wie. Przed nim nie ma zahamowań. Bezpośredni, szczery do bólu, taki jest. Źle wyglądasz w tych jeansach? On to powie, bez żadnych ogródek. Bo przecież lepsza jest gorzka prawda niż słodkie kłamstwo. To jedno z jego mott.
Troszkę zapatrzony w siebie, czasem lubi pogadać o sobie, bo może. Przez to nieco irytujący, ale jak zdzieli się go patelnią w głowę, to się uspokaja. Żartować lubi, a co za tym idzie, śmiać także. A śmiech ma bardzo przyjemny dla ucha. Ludzie mu mówią, że ma radiowy głos. Miło się go słucha. Podobno każde słowo, które opuściło jego usta, jest przepełnione ciepłem i czymś takim co sprawia, że nawet najprostsze zdanie jest przyjemne dla ucha. On się cieszy. Plus dziesięć do zajebistości. I kolejne piętnaście do egoizmu. 
Na dodatek jest fanem rocka, metalu i core'u, chodzi w glanach w zimę, wiosnę i jesień (albo po prostu wtedy, gdy słoneczko nie świeci i nikt poci się jak świnia), lubi dobry alkohol, nienawidzi papierosów. Lubi książki Dana Browna i Stephena Kinga, nie gardzi Tolkienem i Agathą Christie. Jest wielkim fanem Gwiezdnych Wojen i Władcy Pierścieni. Zdał na prawo jazdy i rozwalił ojcu samochód, dlatego jeździ albo na rowerze, albo na deskorolce. Tatuś sypnął kiedyś groszem, żeby synek mógł zrobić sobie tatuaż. Za prawym uchem ma wytatuowaną mała dłoń pokazującą victorię, a za lewym- dłoń rock and roll. Ojciec zapowiedział, że więcej pieniędzy nie będzie mu dawał, więc Antek sam zbiera na kolejny tatuaż. Nie pogardzi jednak, jeśli ktoś mu pomoże.  
To wszystko zamknięte w stu dziewięćdziesięciu centymetrach, zwieńczonych artystycznym nieładem w postaci włosów w kolorze ciemny blond. Ósmego dnia Bóg stworzył Antoniego i wiedział, że to co stworzył, jest dobre.
__________________________
Pan z tumblra o imieniu Wynston. (cudowny!)
Codziennie nie będę, no ale się staram.
Wracamy do żywych :)


Oliwia Maria Wierz


"Ludzie są dobrzy, tylko skrywają to w głębi duszy"


Informacje || Historia || Wygląd || Ciekawostki || Powiązania



- - - - - - - -
Oto Olusia. 
Karta jest w trakcie tworzenia. 
Do wątków zapraszam.
Pozdrawiam.

Karolina Iwanowicz
"ale różowo, zaraz się porzygam"

Historia ○ WyglądDaneCiekawostki


____________________
pennybirdrabbit
cho na wątki

Kobieta, która opanowała mechaniczną skrzynię biegów, poradzi sobie w życiu.

Weronika Zawadzka
                                   ~ po prostu Ronie    

13 grudnia '89 // Kościelisko



Szatan o zgrabnych nogach.
Mechanik samochodowy w 'Crash Car'.
Małe mieszkanie w kamienicy, w zachodniej części Zakopanego.
W weekendy niewielki domek rodzinny w Kościelisku.
Porusza się Dodgem Chargerem R/T z '69 sprowadzonym z USA.
Samochody zmienia jak rękawiczki.



OPOWIEŚĆ // CECHY // INNE


cześć! 
Na wątki i powiązania chętna. Jeśli masz jakiś pomysł, który chciałbyś rozwinąć, pisz - 47019738 
Twarz ukradziona z we<3it.com 



"Jestem igraszką losu!"


Juliusz Myśliński
Urodzony 10.02.1981r. we Wrocławiu.
Szef kuchni z duszą artysty.

Historia.
Urodził się, tak jak wszyscy. Najmłodszy wśród czwórki rodzeństwa, upragniony, jedyny syn. Nie trudno się domyślić, że stał się oczkiem w głowie taty? W końcu miał z kim oglądać mecze, naprawiać samochód, grać w piłkę. Zabierał również Juliusza w góry, góry, które kochał i tą miłość zaszczepił na dobre w chłopcu.
Ale Julek wolał rozwijać swoje zainteresowania, te których nikt mu nie sugerował. Na przekór rodzinie, która nie była zbyt zadowolona tym faktem. Facet, który gotuje? Facet, który maluje? A czy przypadkiem nie miałeś naprawiać samochodów i rąbać drewna? Jeszcze ten ogródek warzywny, na który namówił matkę... Ojciec się tylko krzywił, ale kochał go, ufał, że wybiera dobrze. Mimo wszystko musiał go wysłać na boks, żeby umiał się bronić, tak na wszelki wypadek. Julek przystał na to, co mu szkodzi?
Skończył technikum gastronomiczne, papierek zawsze się przyda, reszta to ciężka praca. Zaczynał na zmywaku, w trakcie studiowania na ASP we Wrocławiu. Wydział ceramiki i szkła, katedra szkła. Czemu szkło? Bo tego nie umiał, miał duże chęci, cały monopol chęci i fascynacji tym materiałem, tym jak pięknie współpracuje ze światłem.
Chwile wytchnienia dał sobie dopiero po ukończeniu studiów. Wyjechał na rok, najpierw zatrzymując się we Francji, później Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. Chwytał wolne posady w kuchniach przeróżnych restauracji, nabywając co raz więcej doświadczenia. Przy okazji nałapał kontaktów z początkującymi artystami. Rozwijał się w każdym możliwym kierunku jak szalony, byle tylko coś robić.  Och, ale czy to nie miała być chwila wytchnienia?
Juliusz postanowił się ustatkować. Wrócił grzecznie do Polski, aby spędzić czas z rodziną, znajomymi. Rozluźnić się, nie spinać, nie biec ciągle do przodu, postać chwile w miejscu. Dać sobie czas na przemyślenia, stworzyć ogólny zarys przyszłości, która potoczy się zupełnie inaczej, popuścić wodzę fantazji. Pochodzić po górach. A wiecie co Panu Julkowi przydarzyło się w tych górach? Poznał uroczą damę, o imieniu Agnieszka, która kochała góry tak samo jak on. Od tego czasu, już nie lubił chadzać po nich sam.
Jak się domyślacie, wzięli ślub w Zakopanem. Tak, ciągnęli gości aż taki kawał drogi, płacąc góry pieniędzy. I już tam zostali. Juliusz założył własną restauracje, później nawet karczmę, która specjalizowała się w ważeniu piw. Pszeniczne, miodowe, korzenne, ciemne, jasne, miodowe oraz wiele innych smaków. Do tego te wielkie kufle z fantazyjnymi wzorami, czasem też dziwnym kształcie.
Lubił piwo, dobre piwo.
Starali się o dziecko. I wiecie co? Udało im się. Tylko nie im – Julek i Agnieszka, tylko im – Tomasz i Agnieszka. Ale przecież to wszystko wina Julka, to on ma problem z płodnością. A on myślał, że kochać to znaczy przechodzić kryzysy, wspierać się, wierzyć w siebie, dodawać sobie otuchy. Kłócić się, mieć ciche dni, ale się kochać.

"Czy miłość jest delikatna? 
Nie, raczej  brutalna i ostra
kuje jak oset" 

Nie? Mylił się? Aż tak inaczej postrzegał świat?
Dwa lata małżeństwa, cóż za porażka. Zdążyli nawet zbudować dom, w którym mieli mieszkać razem. Uroczy, dwupiętrowy, duży, drewniany dom na obrzeżach miasta, w którym pomieściłaby się piątka dzieci. A w ogródku szklarnia, co by można było zjeść coś świeżego, o każdej porze roku.
Tak dorobił się na swoich „talentach”, ale co z tego? Gdy teraz mieszkał sam w wielkim, pustym „domu”. Więcej czasu przesiadywał w restauracyjnej kuchni, z ludźmi którym podawał swoje dania, z obcymi ludźmi.
Ostatnio ma tendencje do pojawiania się w życiu innych, ale zaraz znika, gdy podchodzi zbyt blisko.


Charakter.
Jego charakter na razie jest trochę niedostępny. Często ciężko mu się uśmiechnąć, co kiedyś robił niemal nagminnie, ciesząc się jak głupi do sera. Teraz nie bardzo ufa ludziom, boi się otworzyć na kogoś, ma tendencja do uciekania, podawania suchych faktów ze swojego życia. Bez emocji, które chwilowo gdzieś umykają, gdy tylko wrócą na chwilę, by wypłakać się w poduszkę. Czuje się trochę wyprany. Ale jeśli czuje chociaż to, to znaczy, że czuje cokolwiek. Nie jest tak źle. Przynajmniej ma jeszcze sumienie.
Kiedyś było inaczej, lepiej, mniej boleśnie.
Opiekuńczy. Ukryty miś przytulak z niego, uwielbia bliskość z drugim człowiekiem, w ogóle to bardzo lubi ludzi, jakichkolwiek. Bo zawsze w nich wierzył, że są zdolni do wszystkiego, muszą tylko chcieć.
Pomocny. Po prostu lubi być przydatny, ale nie lubi jak go się wykorzysta i rzuci w kąt. Jeśli już „wykorzystasz”, to odwdzięcz się towarzystwem, miłym spędzeniem czasu.
Raczej zawsze był ambitny, lubi osiągać to co zamierzy. Czasem idzie mu to lepiej, czasem gorzej, kryje się w nim wewnętrzny leniuch, którego skutecznie dławi, jednak potrafi przejąć kontrolę. Chwilowo, bo chwilowo, ale zawsze. Trzeba być cierpliwym, czasem poczekać na coś dłużej.
Cholernie punktualny. Sam nienawidzi się spóźniać, lecz jeśli zrobi to ktoś inny nie ma wielkich pretensji. Nie lubi się denerwować z błahych powodów, a jak już, woli wyżyć się na worku treningowym, pobiegać albo zrobić krótki wypad bliżej nieba.
Nie jest samotnikiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Ma chwile, w których odczuwa potrzeba bycia samemu. Zupełnie samemu. Bez ludzi, bez telefonu. Sam, bez kontaktu ze światem rzeczywistym.
Czasem się zapomina i wczuwa się zbyt bardzo w swoją pracę, wtedy dopiero traci poczucie czasu, niemal znika z powierzchni ziemi, nic go nie obchodzi.
Wielki optymista, czasem naciągany, byle nie pokazać swoich słabości, bo przecież jest silny, stara się. Udaje przed samym sobą, może to zadziała na podświadomość. Stanie sie odporny psychicznie, tak jakby chciał.

Aparycje.
Chodzące metr osiemdziesiąt sześć.
Jakieś takie bliżej nieokreślone, krótkie, ciemne blond loki na łepetynie, które czasem potraktuje zbyt okrutnie, to jeszcze bardziej się zwijają niż by chciał. Wtedy ma ochotę zostać w domu przez resztę dnia.
Najzwyczajniejsze błękitne oczy, którymi często patrzy „spod byka”.
Ubiera się również najzwyczajniej na świecie, i w ogóle, to mało nadzwyczajny facet z niego.

Spotkać go można w miejscach jego pracy, często wychodzi na salę, do ludzi, co by zapytać czy wszystko smakuje i czy obsługa miła.
Wszelkiego rodzaju galerie sztuki, małe, dziwne sklepiki, biblioteka, księgarnia, kwiaciarnie, sklepy ogrodnicze, na wieczornym spacerze no i na trasie w górach, bliżej nieba.



Powiązania || Noty || Galeria




Dzień dobry, dobry wieczór, siema. Wyszło takie "coś", no i nie wiem czy jestem z tego zadowolona, ale cóż. Może jeszcze coś zawita w mojej głowie, prócz nieszcęśliwego misiaka, ale myślę, że Julek jakieś wady ma, tylko nieujawnione... Wyjdzie w praniu.
Bywam wieczorami, ale najczęściej w weekendy, mam tendencje do siedzenia, do późnych godzin.
Bywa, że wena mnie opuszcza, a mój mózg jest wyprany w tygodniu, bo wracam późno ze szkoły.
Mogę zaczynać, nawet całkiem to lubię, gorzej z pomysłami na zaczęcie, ale czasami siebie zaskakuję.
Cytaty z "Romeo i Julia", twarzyczki użyczył mój brzydal Joseph Morgan.

Jak coś gdzieś źle, błąd, cokolwiek, pisać. Zdarza mi się strzelać gafy.
Jakby co gadu: 4738961. Czasami tam bywam.