Antoni Wrzesiński
9 stycznia 1993, Kraków
po maturze, nie na studiach, bo zbyt leniwy
uroczy domek gdzieś na ulicy Kościeliskiej, grzeje dupsko u rodziców
pomaga mamie w kawiarni na Krupówkach, bawi się w kelnera
Ojciec krakowiak, matka zakopianka, Antek małopolszczanin. Urodził się w Krakowie, jako syn architekta Jakuba Wrzesińskiego i cukierniczki Cecylii Wrzesińskiej z domu Jasiniak. Trochę rodziców zaskoczył. Urodził się miesiąc za wcześnie, gdy małżeństwo przebywało u rodziny Jakuba w Krakowie. Mimo że Antoni urodził się właśnie tam, od zawsze mieszkał w Zakopanem, w typowo góralskim domu przy ulicy Kościeliskiej. Rok po nim urodziła się jego siostra, Kinga. W Zakopanem chodził do podstawówki, gimnazjum i liceum. Skończył je jak skończył, ledwo. Z matury miał po 35%, nie popisał się za bardzo, ale to pewnie dlatego, że po prostu nie chciało mu się niczego powtarzać. To chyba najbardziej leniwe stworzenie w Zakopanem. Dziwne, że w ogóle wychodzi z łóżka.
Nie wykazuje większego zainteresowania czymkolwiek. Ze sportów lubi sobie czasem pograć w siatkówkę, ale żeby śledzić ligę, to już nie, no bo po co? Jak są skoki narciarskie na Krokwi, to pójdzie, ale tylko dlatego, żeby popatrzeć na ładne dziewczyny, bo czasem się jakieś pojawiają. Na Krupówkach jest prawie codziennie, co jest dziwne, że w ogóle mu się chce. Po prostu przychodzi do kawiarni prowadzonej przez jego mamę. Dorabia tam trochę jako kelner, czasem uśmiechnie się do jakiejś ślicznej turystki i zostawi na serwetce swój numer telefonu. Pies na baby. Jego niebieskie oczy codziennie spoglądają albo na tamtą uroczą blondynkę, albo na tą piękną brunetkę, która stoi trochę dalej. Chyba nie jest dobrym materiałem na chłopaka, bo możliwe, że nie wytrzyma w związku i będzie lgnął do innych kobiet. Kiedyś zdradził swoją dziewczynę. Dostał wtedy po swojej piegowatej mordce i tam, gdzie słońce nie dociera i skończyła się sielanka. To go jednak nie zraziło. On po prostu kocha kobiety, nie potrafi przestać na nie patrzeć, zagadywać do nich. Niektóre z nich powiedziało mu prosto w twarz, że jest zbyt pewny siebie, ale taka jest prawda. On doskonale to wie. Przed nim nie ma zahamowań. Bezpośredni, szczery do bólu, taki jest. Źle wyglądasz w tych jeansach? On to powie, bez żadnych ogródek. Bo przecież lepsza jest gorzka prawda niż słodkie kłamstwo. To jedno z jego mott.
Troszkę zapatrzony w siebie, czasem lubi pogadać o sobie, bo może. Przez to nieco irytujący, ale jak zdzieli się go patelnią w głowę, to się uspokaja. Żartować lubi, a co za tym idzie, śmiać także. A śmiech ma bardzo przyjemny dla ucha. Ludzie mu mówią, że ma radiowy głos. Miło się go słucha. Podobno każde słowo, które opuściło jego usta, jest przepełnione ciepłem i czymś takim co sprawia, że nawet najprostsze zdanie jest przyjemne dla ucha. On się cieszy. Plus dziesięć do zajebistości. I kolejne piętnaście do egoizmu.
Na dodatek jest fanem rocka, metalu i core'u, chodzi w glanach w zimę, wiosnę i jesień (albo po prostu wtedy, gdy słoneczko nie świeci i nikt poci się jak świnia), lubi dobry alkohol, nienawidzi papierosów. Lubi książki Dana Browna i Stephena Kinga, nie gardzi Tolkienem i Agathą Christie. Jest wielkim fanem Gwiezdnych Wojen i Władcy Pierścieni. Zdał na prawo jazdy i rozwalił ojcu samochód, dlatego jeździ albo na rowerze, albo na deskorolce. Tatuś sypnął kiedyś groszem, żeby synek mógł zrobić sobie tatuaż. Za prawym uchem ma wytatuowaną mała dłoń pokazującą victorię, a za lewym- dłoń rock and roll. Ojciec zapowiedział, że więcej pieniędzy nie będzie mu dawał, więc Antek sam zbiera na kolejny tatuaż. Nie pogardzi jednak, jeśli ktoś mu pomoże.
To wszystko zamknięte w stu dziewięćdziesięciu centymetrach, zwieńczonych artystycznym nieładem w postaci włosów w kolorze ciemny blond. Ósmego dnia Bóg stworzył Antoniego i wiedział, że to co stworzył, jest dobre.
__________________________
Pan z tumblra o imieniu Wynston. (cudowny!)
Codziennie nie będę, no ale się staram.
Wracamy do żywych :)

[Śledziłam kartę tego pana, także już ją przeczytałam, żeby nie było, że z propozycją wątku przychodzę bez zapoznania się z tekstem, no. Ekhm.
OdpowiedzUsuńJakieś pomysły na ciekawe powiązanie albo wątek sam przez się (proszę, powiedz że tak, powiedz że tak, powiedz...)? :D]
Karusia, której karty jeszcze w spisie nie ma, więc jej autorka będzie mega miła i aż linka poda, a co:
http://stolica-tatr.blogspot.com/2013/04/szczescie-na-co-dzien-odbiera-mi-mowe.html
[Witam serdecznie na blogu i zapraszam do wątku (a być może i powiązania) z moją Rosjanką. ;)]
OdpowiedzUsuńSwietłana
[O. A Karina mogłaby go nawet kojarzyć, bo jej mama lubi zwiedzać z nią Krupówki, to i zaglądałaby pewnie przy tym do kawiarenki jego mamy. Chłopaczyna nie musi nawet jej po twarzy poznać, co zresztą powinno ją z lekka rozbawić, no ale mniejsza.
OdpowiedzUsuńJak masz jeszcze jakieś propozycje, jakiekolwiek, to pisz. Masz czas do jutra, bo wtedy zaczynam wącisza (dziś już nie dam rady, nistety). :>]
Karusia.
[ Kojarzę Cię z wielu blogów :D Dlatego przyznam szczerze, że kiedy zobaczyłam nick śledziłam powstawanie karty. Dlatego też skromnie zapraszam pod kartę Hanki. Pomysły na powiązania lub wątek mile widziane :>]
OdpowiedzUsuńHanna
[ Bitwa o książkę może z autografem :> ?]
OdpowiedzUsuńHanna
[Ekhm, to tylko głupie lanie wody, przepraszam. Ale coś jest.]
OdpowiedzUsuńSzkoła według nastolatków jest okropna. Nikt nie lubi się uczyć (a jak lubi, to ma nierówno pod sufitem, przynajmniej zdaniem znaczącej większości), nikt nie lubi siedzieć ponad osiem godzin na tyłku dzień w dzień, nikt nie lubi słuchać też przy tym gderania wymądrzającego się nieustannie belfra. Karina nie różniła się wielce od znudzonej lekcjami młodzieży, zwłaszcza, kiedy w oczy świeciło jej słońce, koszulka kleiła się niemal do niej od potu, a włosy opadały jej na kark, czoło, uszy, a w zasadzie to i na plecy, mimo tego, że z samego rana spięła je mocno na samiusieńkim czubku głowy (ach te zajęcia wychowania fizycznego…).
W każdym razie, ani nie wyglądała ona korzystnie, ani też się tak nie czuła, niestety. Widząc, jak strzałka na tarczy zegara zdaje się przemieszczać coraz wolniej i wolniej, a nauczycielka spogląda na nią znad oprawek jej kwadratowych okularów, aż poczuła, jak coś ściska ją w brzuchu. Przełknęła głośno ślinę, nie przejmując się uwagą kobiety na temat jej aktualnej pozycji (no cóż, założenie nogi na sąsiednie krzesło faktycznie mogło wyglądać dość lekceważąca, ale cóż poradzić na rozpieszczoną, marudną i w ogóle fuj, ble, złą Karinę, a w rezultacie i całą jej klasę?), po czym z westchnięciem ułożyła podbródek na rozprostowanej dłoni.
Nie miała nawet siły sięgnąć ręką do torby, żeby w tych ostatnich minutach przynajmniej zająć się czymś w miarę pożytecznym (w sensie czytaniem), a nie praktykowaniem tumiwisizmu w sprawie lekcji matematyki. Wychodziła nawet z założenia, że nim w ogóle złapie za zamek błyskawiczny, zadzwoni dzwonek.
Ale dzwonek nie dzwonił i nie dzwonił, więc zwątpiła w swoją tezę i spojrzała tęsknym wzrokiem w kierunku schowanego pod ławką plecaka. Tym razem jednak faktycznie było już za późno na cokolwiek, bo w czasie kilku sekund do uszu Kariny dobiegł upragniony dźwięk.
Dziewczyna poderwała tyłek z krzesła, przełożyła sobie torbę przez ramię i z nieukrywaną radością wtopiła się w tłum uczniów jak najszybciej opuszczających klasę.
Przez chwilę poczuła tę wszechogarniającą radość, uniosła kąciki ust najwyżej jak mogła, nawet przystanęła naprzeciw okna uśmiechając się do krajobrazu jak szczerbaty do sera.
A potem przypomniało jej się, że to dopiero trzecia lekcja była.
Z ciężkim westchnięciem powłóczyła nogami i jakoś doczłapała do klasy, z hukiem rzuciła torbę na podłogę i oparła się o chłodną ścianę, ciągnąc za ledwo trzymającą się we włosach gumkę. Gęste kosmyki opadły kaskadą na jej ramiona, a ona poczęła przeczesywać je chorobliwie palcami i układać w miarę sensowny koński ogon.
W zasadzie, to marzyła o prysznicu.
Ale wtedy podszedł do niej jakiś chłopak i już nawet sobie odpocząć nie mogła przez te dziesięć minut. Masakra.
Karusia. ~